arrow_left_alt

Odcinki

BitBag eCommerce Talks

Odcinek 3: Jak radzić sobie z chaosem danych w organizacji B2B (i nie zwariować)?

Prowadzący

Jakub Leśniewski

eCommerce Consultant, BitBag
GośĆ

Marcin Piwowarczyk

CEO & Founder Ergonode

Zakres rozmowy:

  • Dlaczego katalog produktowy w B2B to coś więcej niż lista SKU
  • Jak podejść do danych systemowo: ERP + PIM + eCommerce
  • Jaką rolę powinien dziś pełnić handlowiec  
  • Gdzie najczęściej „wykładają się” integracje eCommerce
  • Jak chaos danych realnie uderza w biznes

BitBag eCommerce Talks dostępny na:

Dane produktowe w B2B to temat, który wciąż bywa traktowany po macoszemu - aż do momentu, kiedy chaos zaczyna być naprawdę odczuwalny. W trzecim odcinku BitBag eCommerce Talks Kuba Leśniewski rozmawia z Marcinem Piwowarczykiem, CEO i founderem Ergonode - jednego z wiodących rozwiązań PIM na polskim rynku. Rozmowa krąży wokół tego, dlaczego organizacje B2B tak długo ignorują problem rozproszonych danych, co to oznacza w praktyce - od ukrytych kosztów po realne zagrożenia - i jak wygląda droga od bałaganu do porządku. Przy okazji pojawia się cyfrowy paszport produktu, rola AI w systemach PIM i refleksja nad tym, że polskie oprogramowanie coraz śmielej gra w europejskiej lidze. 

Jeśli zarządzasz danymi produktowymi w B2B albo dopiero zastanawiasz się nad wdrożeniem PIM-a - zdecydowanie warto przesłuchać dzisiejszy odcinek. 

Kuba: Marcin, zanim przejdziemy do tematu, chciałem Cię zapytać o Twoje backstory. Jak to się stało, że jesteś tam, gdzie jesteś - i dlaczego właśnie dane produktowe są Ci tak bliskie? Ergonode to de facto jedno z wiodących rozwiązań PIM-owych na polskim rynku.

Marcin: Całość zaczęła się dawno temu. Moje pierwsze doświadczenia z danymi produktowymi sięgają czasów, kiedy pierwsze platformy e-commerce wchodziły na polski rynek. Wywodzę się ze świata Magento - to był 2008-2009 rok, kiedy wraz z kolegami założyliśmy agencję. Zaczęła jako agencja interaktywna, ale szybko stała się e-commerce'ową i zajmowała się głównie wdrożeniami sklepów. Pamiętam duży sklep numizmatyczny dla Mennicy Polskiej - i właśnie wtedy pojawiły się pierwsze zaczątki problemów z danymi produktowymi.

Przy wdrożeniach e-commerce dane produktowe były traktowane bardzo mało poważnie. Liczyła się szata graficzna, integracje pod kątem zamówień. Dane? "Wgra się ten Excel czy CSV i będzie" - to było zawsze zostawiane na sam koniec. No i zawsze były z tym kłopoty, bo klienci orientowali się dopiero przy uruchomieniu, że przygotowanie danych, kiedy baza nie jest zdigitalizowana, to poważne wyzwanie.

W 2014 albo 2015 roku zetknęliśmy się po raz pierwszy ze słowem PIM jako takim. Wykonaliśmy wtedy pierwszy PIM na platformie Magento - jedno Magento jako PIM dostarczało produkty do drugiego Magento. Kuriozalne z dzisiejszej perspektywy, bo Magento nie jest do tego stworzone - ma bardzo niewydajny panel administracyjny. Pomysł był dobry, ale w praktyce okazał się porażką i to właśnie skłoniło mnie do powolnego myślenia o tym, żeby zbudować rozwiązanie, które te problemy eliminuje - szczególnie w zakresie wydajności i szybkości działania.

Realne prace zaczęły się w 2019 roku. Optymistycznie zakładaliśmy, że zrealizujemy system w pół roku, bo "to przecież tylko katalog produktowy". I tak pracujemy do tej pory - nadmiar potrzeb versus możliwości, jak to zawsze.

To już kilka solidnych lat. W 2022 roku naszym inwestorem został Marcin Grzymkowski. To pozwoliło nam wejść na rynek nie jako półprodukt jakiejś agencji, ale jako niezależna firma. Od tego momentu zaczęliśmy się rozwijać samodzielnie.

Kuba: Zastanawia mnie jeszcze, jak wyglądała wtedy - w 2018-2019 roku - świadomość klientów po stronie e-commerce. Teraz o PIM-ach mówi się częściej, ale wtedy? Czy w ogóle były jakieś inne systemy na rynku?

Marcin: Były, oczywiście - nie ma chyba systemów bez konkurencji. Problem tych innych rozwiązań był zawsze ten sam: wydajność i koszty wdrożenia. Dość szybko, żeby sprawniej dostarczać funkcje, przeszliśmy z modelu open source na SaaS. Wiedzieliśmy, że dużo zmian będziemy musieli wprowadzać w sposób niekompatybilny wstecznie - a to, jak dobrze wiecie w BitBagu, jest bardzo bolesne dla klientów i programistów. SaaS pozwolił nam zapewnić stabilne API, a jednocześnie rozwijać produkt na bieżąco.

Co ciekawe, nasza największa konkurencja dokładnie dwa lata temu poszła w tym samym kierunku. To pokazuje, że ta decyzja była dobra - szczególnie jak na mały, startupowy wtedy zespół.

Kuba: A pamiętasz pierwszego klienta, któremu wdrażaliście PIM na swoim systemie?

Marcin - Tak. To był szwedzki producent karmy dla psów i innych zwierząt - Huske. Był przed etapem wymiany platformy e-commerce'owej i udało nam się go przekonać do naszego rozwiązania. Od razu mieliśmy skalę pięćdziesięciu rynków - i to był ciekawy case, bo produktów było niewiele (jakieś pięćset, siedemset), ale ta wielorynkowość stanowiła prawdziwe wyzwanie. System funkcjonuje u nich do tej pory, czyli już prawie sześć lat. Można powiedzieć, że to sukces.

Ciekawy jest też wątek związany z naszą wersją open source - do tej pory dowiaduję się o wdrożeniach w różnych egzotycznych krajach, które teraz migrujemy na naszą platformę SaaS. Ostatnio trafił do nas producent rowerów z Andory - był na open source przez kilka lat, a potem zapytał, dlaczego nie aktualizujemy tej wersji. Wytłumaczyliśmy, że jesteśmy już platformą SaaS, i przeszli na nasze rozwiązanie komercyjne. Andorra, malutki kraj między Francją i Hiszpanią - a jednak.

Kuba: W BitBagu też zdarzają się takie przypadki - dowiadujemy się, że jakaś firma w egzotycznym miejscu korzysta z platformy i potrzebuje wsparcia. Zawsze się śmiejemy, że fajnie byłoby pojechać w delegację na taki warsztat. Ale chciałem poruszyć inny wątek - jak zmieniała się świadomość klientów odnośnie danych produktowych w B2B na przestrzeni lat?

Marcin: Powiedziałbym, że B2B commerce jest w tej chwili w wieku dziecięcym. Realnie mówi się o tym od dwóch, może trzech lat jako o czymś konkretnym. Jesteśmy dokładnie na tym samym etapie, co B2C w roku 2012-2013.

Cyfryzacja oczywiście postąpiła, znaczenie danych produktowych wzrosło. Ale w B2B rola katalogu produktowego jest nadal niedoceniana i niedoszacowywana. Dane produktowe wydają się mało istotne - w każdej firmie są handlowcy, którzy są encyklopedią wiedzy o produktach. Kiedy firmy wdrażają e-commerce B2B, myślą o nim często jako o dodatkowym kanale sprzedaży, nie kompleksowej cyfryzacji. I wtedy właśnie pojawia się myślenie: "mamy dane w ERP-ie, mamy w Excelach, to wystarczy je tam wrzucić".

I tu zaczynają się pierwsze problemy. Nagle okazuje się, że są duże rozbieżności - jeden Excel mówi, że produkt ma taki parametr, drugi temu zaprzecza. Prawda jest najczęściej w głowie handlowca, który staje się wąskim gardłem. Odciągany od obsługi klientów, których powinien sprzedawać, zamiast tego rozwiązuje kwestię "który parametr jest właściwy". A jeśli go zabraknie - wiedza znika razem z nim.

To on powinien być beneficjentem dobrych danych - nie ich strażnikiem. Niezależnie, czy mówimy o katalogu drukowanym, czy online, ta wiedza powinna być prawdziwa. Tymczasem w wielu firmach handlowiec ma lepszą wiedzę o produktach niż osoby, które ten katalog tworzą.

Kuba - Wydaje mi się, że w przypadku typowego e-commerce ludzie inaczej podchodzą do tych problemów - myślą na przykład o migracji platformy. W przypadku danych produktowych schodzimy o poziom niżej. Z Waszej perspektywy w B2B - kiedy dochodzicie do konkluzji z klientami, że potrzebują PIM-a?

Kuba: Z Waszej perspektywy - kiedy dochodzicie do konkluzji z klientami, że potrzebują PIM-a?

Marcin: Dość szybko. Trzeba rozróżnić dwie sytuacje. Jeśli mamy dystrybutora w B2B e-commerce, zakupy wyglądają podobnie jak w B2C - przeglądanie nowości, filtrowanie, budowanie koszyka, tyle że na większą skalę. Proces zakupowy jest stosunkowo zbliżony.

Inaczej wygląda sytuacja, gdy klient przychodzi z zamówieniem inwestycyjnym - ma dokładną specyfikację z projektu budowlanego albo instalacyjnego i wie, czego potrzebuje. Tu zaczynają się schody. Jeśli nie masz dobrze sparametryzowanych danych, przygotowanie oferty inwestycyjnej wymaga dużo większego zaangażowania. Nie daj Boże, żeby handlowiec, który doskonale zna asortyment, był akurat na urlopie albo zmienił pracę - takie kontrakty są po prostu przegrywane.

Katalog produktowy w B2B musi być fundamentem, z którego się czerpie - z certyfikatami, plikami technicznymi, wszystkim tym, co pomaga wygrać przetarg. Tam nie ma miejsca na błędy.

Kuba: Jakie są najczęstsze sytuacje, które widzisz, kiedy wchodzisz do organizacji B2B z problemem z danymi?

Marcin: Ja jestem dostawcą narzędzia, więc tę rolę frontową wypełniają agencje i konsultanci, tacy jak Wy w BitBagu. Natomiast mogę powiedzieć, co obserwuję.

Jedną z kluczowych rzeczy jest to, żeby nie myśleć w kategoriach "wdrożymy PIM i zastąpimy handlowca". Absolutnie nie o to chodzi. Handlowiec powinien dostać wolny czas na lepszą obsługę klientów - a nie być encyklopedią, do której wszyscy biegają po wiedzę. Katalog produktowy w B2B to przede wszystkim udrożnienie procesów związanych z uspójnieniem danych z różnych źródeł.

Ciekawa rzecz - u producentów, którzy mają swoje procesy R&D, technolodzy już na etapie wytwarzania mogą przekazywać dane do systemu PIM, zanim produkt jest w ogóle gotowy. Finalny produkt pojawia się wtedy gdzieś w połowie całego procesu myślenia o treściach produktowych. A dobry, zaprojektowany proces pozwala w każdym momencie wiedzieć, gdzie jesteśmy.

I to jest jedna z najważniejszych cech dobrego systemu PIM - wiedzieć, na jakim etapie rozwoju jest dany produkt. W organizacjach pracujących na Excelu zarząd zadaje proste pytanie: "Ile mamy jeszcze czasu, żeby wprowadzić nowe produkty na rynek?" – i słyszy: "Nie wiemy." To bardzo częsty przypadek, szczególnie gdy organizacje mają dużo nowych produktów w toku.

Kuba: Wspomniałeś o Excelach i rozproszonych źródłach danych. To nakierowuje mnie na pytanie o rolę PIM-a w relacji z systemem ERP - bo dużo firm B2B ma już ERP i część danych produktowych trzyma właśnie tam. Jak te środowiska powinny ze sobą współgrać?

Marcin: Nie ma jednej odpowiedzi, bo każdy ERP jest inny. Natomiast scenariusz, który uważam za optymalny, wygląda tak: ERP to serce firmy - centralne miejsce dla informacji finansowych, produkcyjnych i magazynowych. Są tam dane bardzo dynamiczne w czasie.

Dane w PIM-ie to w większości dane statyczne - produkt nie zmienia swoich parametrów fizycznych codziennie. W ramach danego modelu czy partii te właściwości pozostają takie same przez większość cyklu życia produktu. ERP jest do danych dynamicznych, PIM - do treści, opisów, parametrów, certyfikatów.

Jest jeszcze jeden aspekt. PIM od razu stawia na wielorynkowość i wielojęzyczność - to jest wbudowane w rdzeń systemu. ERPy bardzo często są przygotowywane z punktu widzenia jednego kraju i jednego rynku. Ta logika międzynarodowości jest w nich dużo trudniejsza, czasem nieosiągalna. 

Zastanówmy się, jak niewiele jest systemów ERP na świecie, które są naprawdę ponadnarodowe. Jest oczywiście pewien znany, duży, trzyliterowy gracz z Niemiec - wybierany właśnie dlatego, że ogarnia specyfiki lokalnych rynków w wielu branżach i krajach. Ale przygotowanie systemu, który jednocześnie odpowiada na prawo polskie i hiszpańskie, jest ekstremalnie trudne.

Dlatego dane treściowe lepiej wyrzucić poza ERP - niech ERP będzie osobny dla danego kraju, dostosowany do lokalnych wymogów prawnych, sprzedażowych i logistycznych.

Kuba: Chciałem jeszcze poruszyć temat skutków chaosu danych dla organizacji. Jakie są najczęstsze problemy, z którymi klienci się do Was zgłaszają?

Marcin: Skutków może być wiele i mogą być mniej lub bardziej bolesne. Zacznę od ukrytych kosztów, które często nie są widoczne na pierwszy rzut oka.

Wyobraź sobie, że do firmy przychodzi nowy handlowiec. Dostaje szereg różnych źródeł, z których ma nauczyć się portfolio produktowego. Jeśli te informacje są niepełne lub niespójne, proces nauki się wydłuża. Przy przygotowywaniu ofert zaczynają pojawiać się błędy - klienci dzwonią z pytaniami, handlowiec traci czas na poprawki zamiast domykać sprzedaż. Proces ofertowania się rozciąga. Kiedy mówimy o setkach ofert, to setki telefonów, setki pytań, setki wyjaśnień.

Jeśli zsumować ten czas w skali roku, może się okazać, że na niepotrzebne dyskusje traci się kilkadziesiąt, a nawet kilkaset dni roboczych całego zespołu. To jest ukryty koszt, którego nie widać w żadnym raporcie finansowym.

Drugi aspekt jest bardziej drastyczny. Wyobraź sobie firmę sprzedającą materiały budowlane. Dostarcza produkty na inwestycję - powiedzmy szpital - które muszą mieć konkretne parametry ognioodporności. Jeśli przez błąd w danych dostarczą niewłaściwy materiał, może to prowadzić do poważnych konsekwencji prawnych i finansowych. W Polsce były już kary w branży budowlanej, gdzie parametry produktów się nie zgadzały.

Słyszałem też o sytuacji, w której firma sprzedała impregnant do torów kolejowych jako farbę do malowania wnętrz. Bardzo toksyczny związek, rodzina zaczęła chorować. Błędne nazewnictwo, pomylone identyfikatory - to nie jest abstrakcja.

Kuba: To pokazuje, że problem danych produktowych to nie tylko kwestia efektywności, ale czasem bezpieczeństwa.

Marcin: Dokładnie. I jest też taki aspekt - organizacje nie chcą się przyznać, że mają chaos. To jest niekomfortowe. To tak jak z porządkiem w domu - kiedy przychodzą goście, wszystko jest idealnie, bo upycha się rzeczy, gdzie popadnie. A wewnętrznie wcale tak nie jest.

Na zewnątrz firma wygląda profesjonalnie, a wewnętrznie trwa permanentny chaos informacyjny. Aż przychodzi moment, kiedy ten chaos zaczyna przerastać i prowadzić do dysfunkcji kluczowych procesów sprzedażowych.

Kuba: Jak firma może dojść do takiej autorefleksji, zanim nastąpi "pożar"?

Marcin: To postępuje do przodu, bo coraz więcej mierzy się w firmach. Gdy mierzymy efektywność i dochodzimy do wniosku, że w obszarze katalogu produktowego jest źle - to jest ten moment.

Bardzo widocznym symptomem w firmach B2B jest wydawanie drukowanego katalogu. To zwykle raz do roku, ze względu na złożoność. Zarząd przegląda katalog - tu błąd, tu błąd, tu błąd. I wtedy pojawia się refleksja: "Dopiero wydrukaliśmy nowy katalog i mamy tyle błędów - jak tego uniknąć?". Takie katalogi powstają przez 6-8 miesięcy, kosztują duże pieniądze, a błędy w druku są praktycznie nienaprawialne. I od tego właśnie zaczyna się myślenie o PIM-ie.

Kuba: Jak w takim razie przejść przez ten proces - od diagnozy do realnej zmiany?

Marcin: Zacznę od analogii do porządkowania domu, bo jest naprawdę trafna. Kiedy masz bałagan i zdajesz sobie z tego sprawę, zaczynasz od inwentaryzacji. W magazynach to znana praktyka - kiedy nie możesz się doliczyć stanów, robisz inwentaryzację, żeby zdiagnozować, gdzie jesteś.

Dokładnie to samo można zrobić ze źródłami danych produktowych, procesami związanymi z tworzeniem katalogów, przechowywaniem danych. Najpierw diagnoza stanu faktycznego, potem pytanie: jak rozwiązać ten problem najefektywniej?

Bardzo często firmy budują skomplikowane rozwiązania na swoje stare przyzwyczajenia, zamiast zmienić same przyzwyczajenia. U nas regularnie słyszymy: "Nie macie tej konkretnej funkcji". A odpowiedź brzmi: "Ten problem rozwiązujemy inaczej". Bo klient pracował w pewien sposób od lat i chciałby tak dalej. To jest najtrudniejszy element - wdrożenie narzędzia to wejście w wewnętrzne procesy i ich realna zmiana.

Nie wszyscy są na to gotowi. I dlatego potrzebny jest ambasador zmiany wewnątrz organizacji. Jak doskonale wiecie ze świata wdrożeń platform e-commerce - wiele niepowodzeń wynika z tego, że organizacje nie są przygotowane na zmiany procesowe, a firma zewnętrzna nie ma na to bezpośredniego wpływu. Z PIM-ami jest dokładnie tak samo.

Kuba: Kiedy więc firma potrzebuje wsparcia z zewnątrz?

Marcin: Na pewno wtedy, gdy chce uniknąć uczenia się na własnym wdrożeniu. Nawet najlepsza wiedza teoretyczna o danej platformie nie przełoży się na wszystkie wyzwania praktyczne. Zewnętrzny konsultant i firma wdrożeniowa chronią przed błędami, które każdy popełniłby, robiąc coś po raz pierwszy - i chronią przed wydłużeniem czasu projektu i niepotrzebnymi kosztami.

Natomiast wewnętrznie powinien być ktoś, kto jest product ownerem tej zmiany, propaguje ją w organizacji i czuwa nad procesami. Szczególnie w mniejszych firmach, gdzie zarząd ma bardzo dużo na głowie, tego typu projekty bez takiego ambasadora ulegają opóźnieniom.

Co ważne - po wdrożeniu PIM bardzo często po raz pierwszy widać skalę problemu. Nagle pojawia się informacja, że jesteśmy "na czerwono" w wielu miejscach. I moim zdaniem to jest cenna informacja, bo wiemy, że jest źle, ale mamy wszystkie narzędzia, żeby to poprawić. Drogi na skrót tutaj nie ma.

Kuba: Jak Twoim zdaniem wybrać odpowiedni PIM?

Marcin: Przede wszystkim nie dobierać narzędzia niedopasowanego do swojej skali. Na rynku jest wiele świetnych rozwiązań skupionych na dużych organizacjach - z rozbudowanymi strukturami korporacyjnymi, dziesiątkami jednostek biznesowych. Dla kogoś, kto nigdy nie pracował na takim narzędziu, zdecydowanie lepiej zacząć od czegoś prostszego.

Widziałem sytuację, w której z wdrożonego systemu korzysta bardzo niewielka liczba osób, bo wszyscy się go boją dotknąć. Jeśli narzędzie ma cokolwiek zmienić w organizacji, nie może wywoływać strachu. Dopasowanie do skali to podstawa.

PIM-y mają taki historyczny bagaż, że przez lata były postrzegane jako rozwiązania wyłącznie dla dużych biznesów. Ale dzisiaj multikanałowość, wielojęzyczność, cross-border - to dotyka wszystkich. Nałóżmy na to jeszcze regulacje prawne, bo to jest temat, który będzie wymuszał cyfryzację katalogów na całą masę organizacji.

Kuba: Właśnie - jakie regulacje masz na myśli?

Marcin: Mówię o cyfrowym paszporcie produktu. Dla branży baterii wchodzi w tym albo przyszłym roku. Branża budowlana powinna mieć pierwszą fazę w 2027 roku. Za nią idzie branża tekstylna i odzieżowa. Te regulacje postępują branżami, które mają największy wpływ na generowanie odpadów.

Idea jest prosta: każdy produkt - nawet taka szklanka - powinien być możliwy do zidentyfikowania przez cały cykl swojego życia. Od producenta, przez kolejne sprzedaże i serwisy, aż po utylizację. W ten sposób wiemy, co można zrecyklować, jak to zrobić i gdzie surowiec powinien trafić.

To oznacza, że producent powinien przez wiele lat po zakończeniu produkcji udostępniać dane o produkcie. Muszą być wielojęzyczne, muszą być dostępne przez API. GS1 w jednej ze swoich białych ksiąg dla branży budowlanej wprost wskazuje PIM jako rozwiązanie najbliższe realizacji tych wymogów. To nie jest odległa przyszłość - to już się dzieje.

W Europie zachodniej widzimy, że firmy już się do tego przygotowują. My pierwsze zapytania o cyfrowy paszport z krajów takich jak Szwecja czy Dania mieliśmy już dwa, trzy lata temu. W Polsce pewnie zaczniemy działać na ostatnią chwilę, ale lepiej być gotowym wcześniej.

Kuba: Bazując na tym - firma, która ma wdrożonego PIM-a i poukładane dane, będzie miała łatwiej, gdy te regulacje faktycznie wejdą w życie.

Marcin: Zdecydowanie. Sam proces transformacji zajmuje czas. Wdrożenie narzędzia to dopiero początek - jest jeszcze okres adaptacji wewnątrz organizacji, zmiana procesów. Czytałem opracowanie, które pokazywało krzywą satysfakcji po wdrożeniu PIM-a. Przed wdrożeniem satysfakcja jest wysoka - wszyscy są podekscytowani zmianą. Zaraz po - spada, bo ludzie zaczynają pracować inaczej i okazuje się, że to nie była magia. Z czasem rośnie znowu, do poziomu wyraźnie wyższego niż na początku.

Jeden z naszych klientów B2B - firma, która samodzielnie wdrożyła Ergonode - ładnie to ujął. Siedem miesięcy po wdrożeniu powiedział, że mają "efekt czystego biurka". Wcześniej backlog zadań związanych z wprowadzaniem nowych produktów cały czas rósł. Po czterech miesiącach od wdrożenia - backlog był pusty. Mogli zajmować się przyszłością zamiast gonić za zaległościami. Ale żeby to osiągnąć, musieli naprawdę zmienić procesy wewnątrz.

Kuba: I właśnie ta zmiana organizacyjna jest chyba najtrudniejsza - trudniejsza niż samo wdrożenie technologii.

Marcin: Na sto procent. Wdrożenie narzędzia to często najprostsze zadanie. O wiele bardziej złożone jest pogodzenie świata biznesu z IT w danej organizacji i zmiana sposobu myślenia ludzi.

Jestem zwolennikiem upraszczania. Wiele narzędzi jest przeskomplikowanych - my też się na tym łapiemy jako dostawca i staramy się to poprawiać. Duże organizacje uczą się upraszczać procesy, żeby zapanować nad chaosem. Małe często myślą odwrotnie - "to za proste, trzeba to skomplikować". A to właśnie w prostocie jest efektywność. Mamy klientów, których małe kilkuosobowe zespoły zarządzają kilkudziesięcioma tysiącami produktów na kilkunastu rynkach. To jest niesamowite.

Jak patrzę na to, ile atrybutów potrafi opisać jeden z naszych klientów sprzedający szklanki i słoiki na Amazonie - jestem w szoku. Taka szklanka ma zdjęcie z wodą, z herbatą, z kolejnymi produktami, wymiary, pełną specyfikację. Naprawdę niesamowita praca. I to narzędzie ma jedno główne zadanie - wspomóc w tym, żeby wiedzieć gdzie się jest i ile jeszcze zostało do przygotowania katalogu gotowego do publikacji.

Kuba: Czy jest jakieś szczególne wdrożenie B2B w Ergonode, które chciałbyś wyróżnić?

Marcin: Mamy aktualnie około 60% klientów B2B - czyli więcej niż B2C, co samo w sobie jest symptomatyczne. Ciekawym przykładem jest ABB Chcicki - duży dystrybutor budowlany w Polsce, sieć hurtowni. Jednym z ciekawszych efektów u nich jest sposób wykorzystania danych z PIM-a do analiz w Power BI. Mając bardzo dokładne dane produktowe, mogą wyciągać wnioski, które wcześniej były po prostu niemożliwe. To nie jest oczywiste na etapie wdrożenia, ale dobre dane produktowe przekładają się na lepsze decyzje biznesowe. I to były dla nich same zaskoczenia - dobre zaskoczenia.

Ta firma ma też bardzo dobrego menedżera zmiany - przynajmniej bazując na tym, co zdarzyło mi się widzieć czy słyszeć na różnych konferencjach. To robi ogromną robotę w takich organizacjach.

Kuba: Nawiązując do tego wątku - menedżer zmiany to chyba klucz do sukcesu każdej cyfryzacji?

Marcin: Zdecydowanie. To osoba, która jest w stanie przeprowadzić organizację przez różne przeboje - bo ta droga nie jest prostą linią. Zwykle to sinusoida, gdzie w większości idziemy do góry, ale ciągle się potykamy. Im większa organizacja, tym więcej takich momentów.

I generalnie jesteśmy nadal na początku tej drogi - trzeba to powiedzieć jasno. Widać to po tym, jak duzi dystrybutorzy otrzymują dane od swoich dostawców. Ten proces jest często bardzo analogowy. Mieliśmy niedawno sytuację, gdzie ktoś przesłał dane produktowe dotyczące materiałów budowlanych faksem - dosłownie napisał je na kartce i wysłał. Bo nie ma żadnego innego systemu. Takie przypadki wciąż istnieją. Faks - urządzenie, o którym coraz mniej osób pamięta.

Kuba: To jest dobry argument, żeby do PIM-a podejść nie tylko jako do narzędzia do zarządzania treścią, ale jako do źródła danych analitycznych. Mnie jeszcze bardzo ciekawi jedna rzecz - z perspektywy producenta oprogramowania: czy projektując roadmapę, staracie się bezpośrednio odpowiadać na wyzwania, które ma ta branża?

Marcin: Tak, choć ten proces zmienia się u nas dość dynamicznie. Główny product manager, który zajmuje się przygotowaniem backlogu i wszystkich głównych założeń, regularnie spotyka się z klientami. Oprócz feedbacku zbieranego przez Customer Success, staramy się, żeby zespół produktowy miał bezpośredni kontakt z rynkiem. Uruchomiliśmy też szerszy cykl spotkań z firmami wdrożeniowymi. Ten feedback, choć pozornie dotyczy różnych problemów, bardzo często ma wspólny rdzeń - i staramy się to adresować w produkcie.

Słuchamy klientów, musimy patrzeć na skalę możliwości naszego zespołu. Z perspektywy producenta mamy taki niewdzięczny temat - zagraniczna konkurencja rozwijała produkty wcześniej, ma inną skalę organizacji, więc niektóre rzeczy ma dalej posunięte. Ale z drugiej strony - ma nadmiar skomplikowanych rzeczy. Najtrudniejszy balans dla osoby zarządzającej to nie zgubić prostoty, w miarę jak system się jednak komplikuje. Do tego analizujemy wyzwania regulacyjne, bo świat się zmienił.

I tu też widzę przyszłość - AI. PIM przestaje być tylko narzędziem do centralizacji danych, a staje się narzędziem wspierającym kreatywność zespołów pracujących z treściami. Na naszej roadmapie jest możliwość nie tylko tworzenia treści tekstowych i parametryzacji, ale też contentu graficznego. To jest kierunek, który uwalnia czas i podnosi jakość tego, co finalnie trafia do kanałów sprzedaży.

Kuba: A jeśli chodzi o wydarzenia - co szykujecie w najbliższym czasie?

Marcin: Największe wydarzenie mamy 25-26 marca w Holandii - Webwinkel Vakdagen, największe targi e-commerce w regionie Beneluksu. Dwie duże hale, zupełnie inna skala niż to, co mamy w Polsce. I co ważne - Sylius jest z nami. Cieszę się, że jako polskie firmy razem atakujemy tamte rynki.

Kuba: Polskie IT w e-commerce naprawdę robi robotę na zachodzie.

Marcin: Powiedziałbym, że nawet wyprzedza. Widać to po tym, jak nasze rozwiązania są tam odbierane - zarówno Ergonode, jak i Sylius, jak i Base. I to, co mnie szczególnie cieszy, to że te firmy wyrosły z polskiego kapitału. Nie ze wsparcia z USA, nie z dużych funduszy zagranicznych. To jest rzadkość i naprawdę powód do dumy.

Kuba: Marcin, na sam koniec - jaką myśl chciałbyś przekazać słuchaczom?

Marcin: Przede wszystkim zachęcam w tym roku do przejrzenia własnych operacji i katalogów produktowych - i do zrobienia porządku. Diagnozowanie bolączek i porządkowanie danych to inwestycja w spokojną głowę w przyszłości. Ta przyszłość jest dynamiczna i przyniesie nowe regulacje, nowe wymagania. Lepiej być gotowym z wyprzedzeniem niż działać w trybie gaszenia pożarów.

Kuba: Marcin, dzięki wielkie za przyjęcie zaproszenia i za tę rozmowę. Dużo wartościowych rzeczy - od historii Ergonode, przez codzienne realia pracy z danymi produktowymi w B2B, aż po cyfrowy paszport produktu. Polecam wszystkim obejrzeć cały odcinek!

Marcin: Dzięki wielkie za zaproszenie!

Kontakt

Chcesz porozmawiać o swoim eCommerce?

Umów się na bezpłatną konsultację

Max file size 10MB (.doc, .docx, .txt, .pdf
Uploading...
fileuploaded.jpg
Wystąpił błąd. Maksymalna wielkość pliku to 10 MB.
Thank you!
Your submission has been received.
Oops! Something went wrong while submitting the form.